niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 6 "Północ"

Biegłam za jaśniejącą, jasnozieloną mgiełką tak długo, jak mogłam nadążyć. Później wyciągnęłam z sakiewki inny, również magiczny kamień - ten działał, jak lampa naftowa. Wydzielał białe światło, które wystarczało do oświetlenia otaczających mnie ciemności, ale nie raził w oczy. Tak, jak ostrzegała mnie moja zmarła mentorka, korytarz pełen był pułapek. Na swojej drodze napotkałam dziury z kwasem lub kolcami, zapadnie, dziury w ścianach, z których wystrzeliwały zatrute strzały, a nawet z górki stoczyła się na mnie kamienna kula - jej nie mogłam już uniknąć, więc po prostu ją roztrzaskałam.
W końcu dotarłam do mosiężnych, dwuskrzydłowych drzwi. Były wykonane z dębu i właściwie tworzyły sporych rozmiarów drzeworyt - przedstawiał on golema dumnie wypinającego pierś nad ciałami poległych śmiałków. Uroczo - przemknęło mi przez myśl. Położyłam dłonie na obu skrzydłach wrót i pchnęłam je mocno. Te otworzyły się z upiornym skrzypieniem, aż dreszcz przebiegł mi po plecach. Rozejrzałam się uważnie, jednak nigdzie nie dostrzegłam mojego przeciwnika. Ostrożnie weszłam do środka wciąż dokładnie lustrując otoczenie.
Nagle powietrze obok mnie przeciął świst i tylko dzięki mojemu refleksowi udało mi się uskoczyć w bok. Na obejrzenie wroga miałam ledwie ułamek sekundy, zdążyłam więc jedynie dostrzec, że był zdecydowanie wyższy niż ja - miał ponad dwa metry wzrostu - i był uzbrojony po zęby.
 - Zaklęcie ochronne: kamienna zbroja! Zaklęcie przyzywające: kamienna włócznia!
Wykonałam kolejny unik, by dać czas zaklęciom na uformowanie się i wtedy przystąpiłam do ataku. Nie było to łatwe, bo choć golem był obciążony przez dodatkową zbroję i broń, to poruszał się zadziwiająco szybko. Sapnęłam ze złością, gdy kolejny raz musiałam przejść do defensywy. Gdy istota zaatakowała ponownie sparowałam jego cios, odepchnęłam jego miecz i wyprowadziłam atak od dołu celując w klatkę piersiową. Zdążył osłonić się tarczą, którą trzymał w drugiej ręce, ale wtedy ja wyciągnęłam wolną rękę i sięgnęłam jego twarzy.
 - Uwolnienie ziemi: mini-eksplozja!
Jego głowa wybuchła. Ciało opadło na kolana, a następnie rozsypało się w drobny mak. Odetchnęłam z zadowoleniem.
 - I nie wracaj. - Mruknęłam.
Podeszłam do średnich rozmiarów pulpitu i dostrzegłam wyryte litery.
"Próba pierwsza:
Udowodnij swoją więź z ziemią i przywróć stalowego golema do życia."
 - Najpierw mam go pokonać, a potem poskładać do kupy? Świetnie.
Przerzuciłam włócznię do lewej ręki i wróciłam do miejsca, gdzie mój były przeciwnik rozpadł się w pył. Kucnęłam przy ziemi i zawiesiłam dłoń kilka milimetrów nad kupką piasku i kamieni. Skupiłam się na energii przepływającej w pomieszczeniu i z zaskoczeniem stwierdziłam, że wcale nie zniszczyłam golema - fakt, rozpadł się, ale jeśli ja nie przyprowadziła bym go do pierwotnego stanu, on zregenerowałby się samoistnie w przeciągu następnej godziny. To ma sens - pomyślałam. - Nawet, jeśli jakiś śmiałek go pokona, by przejść dalej będzie musiał go naprawić i wtedy golem będzie mógł spokojnie poczekać na następnego przeciwnika. Oczywiście do czasu, aż w końcu komuś się uda - cała moc, która napędza zaklęcia, bierze się od zaklętej w artefakcie istoty. Wraz ze zniknięciem strzeżonego obiektu jaskinia automatycznie utraci swoje funkcje obronne.
 - Zaklęcie uzdrawiające: regeneracja!
Ziemia zadrżała pod moimi stopami. Cofnęłam się szybko. W miejscu, nad którym chwilę temu klękałam, ponownie stał stalowy golem z obnażonym mieczem w dłoni. Ruszył prosto na mnie. Przyjęłam postawę obronną. Nim jednak walka ponownie się rozpoczęła, istota opadła na jedno kolano i skłoniła głowę.
 - Przeszłaś pierwszą próbę, wojowniczko. Możesz iść dalej. - Powiedział, po czym wstał i otworzył mi drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia. - Powodzenia.
 - Dzięki. - Powiedziałam nieco zmieszana.
Potem wyminęłam go i przeszłam przez próg. Skrzydła wrót zatrzasnęły się za mną z hukiem. Znowu nic nie widziałam, a dodatkowo zgubiłam gdzieś mój magiczny kamień podczas walki z pierwszym strażnikiem. Niby najłatwiejszy, ale byłam już zmęczona.
Teraz gargulec o zabójczym spojrzeniu - myślałam gorączkowo rozglądając się na boki. - Patrz w górę, durna! - zganiłam samą siebie, ale było już za późno. Kamienne szpony zacisnęły się na moich barkach, moje stopy oderwały się od ziemi i wzleciałam na pięć metrów w górę. Krzyknęłam, gdy zaczęłam spadać w dół, a potem jeszcze raz, gdy gruchnęłam o twarde podłoże. Splunęłam krwią. Niech to szlag! Strażnik jednak jeszcze nie skończył. Zaczął pikować na mnie z góry - gdyby nie wcześniej przywołana włócznia, nie zdążyłabym się obronić. Stworzenie jednak nie było głupie i odleciało kawałek, żeby nie nadziać się na ostry grot. Szybko przycupnęłam przy ziemi i dotknęłam jej dwoma palcami.
 - Zaklęcie wzrostu: pnącza!
Z podłogi wystrzeliły grube, roślinne macki i pomknęły w stronę mojego przeciwnika. Co prawda z łatwością ich unikał, ale był zmuszony pozostać w ciągłym ruchu. Cofnęłam się pod ścianę i przyłożyłam do niej całą dłoń.
- Uwolnienie ziemi: połączenie!
Wtopiłam się w ścianę. Gargulec wydał z siebie przeraźliwy skrzek przepełniony złością. Kiedy kolejny raz chciał usiąść i pnącza mu przeszkodziły, ja do połowy wynurzyłam się z jego boku i zaatakowałam włócznią. Niefortunnie ptakopodobna istota właśnie się obróciła i grot przebił jedynie jego prawe skrzydło. Natychmiast ponownie wtopiłam się w strop, by uniknąć ostrych jak brzytwa pazurów. Tracę siły, muszę to zakończyć.
Odwołałam pnącza - bez mojej magi opadły bezwładnie. Gargulec doskoczył pod ścianę podkulając zranioną kończynę. Poczułam ogromne wyrzuty sumienia. Nie mogłam go tak po prostu zostawić, choć wciąż nie wyglądał zbyt przyjaźnie. Ponownie posłałam falę mocy w pnącza, które niespodziewanie zerwały się z ziemi i oplotły strażnika. Zaskrzeczał żałośnie, kiedy wyłoniłam się ze skały obok niego. Wyciągnęłam rękę i pomimo jego syczenia dotknęłam jego prawego skrzydła. Rana zasklepiła się.
 - Zostań tu i grzecznie czekaj. Jak przejdę drugą próbę więcej mnie nie zobaczysz. - Obiecałam starannie unikając jego wzroku, po czym obróciłam się i stanęłam przed kolejnym pulpitem.
"Próba druga:
Udowodnij swoją wiedzę z zakresu zielarstwa i uporządkuj zioła w zależności od ich właściwości: na lewo rośliny lecznicze, na prawo trujące. Dodatkowo ułóż je alfabetycznie, według pierwotnego języka wiedźm."
Odetchnęłam głęboko. Nie mogłam się pomylić. Wbiłam włócznię obok i skupiłam się na wiązankach. Szło mi całkiem dobrze. Schody zaczęły się w momencie, gdy zostały mi trzy wiązanki. Jedna była lecznicza, druga trująca, a trzecia - nie miałam zielonego pojęcia. Dodatkowo nie znałam ich nazw w pradawnym języku. Nagle poczułam, że pnącza zostały zerwane. Odwróciłam się i to był mój błąd. Strażnik stał tuż za mną, z oczami idealnie na wprost moich. Oddychałam ciężko oblana zimnym potem, jednak wciąż żyłam.
 - Potrafię kontrolować moją moc obracania ludzi w kamień, wojowniczko. W zamian za miłosierdzie, które mi okazałaś, pomogę Ci ukończyć drugą próbę. - Stanął obok mnie i wskazał pazurem pierwszy pęczek roślin. - To Bertram lekarski, inaczej pierściennik lekarski lub Anacyclus officinarum Hayne. Następnie mamy Glistnik jaskółcze ziele, czyli Chelidonium majus L., zaś ostatnia z wiązanek to Eukomia wiązowata, eukomia wiązolistna bądź Eucommia ulmoides Oliver.
Nie wiedziałam, czy mówił prawdę, ale czas uciekał. Ułożyłam pozostałe zioła zgodnie ze słowami gargulca.
 - Gratuluję. Możesz iść dalej.
Skłoniłam lekko głowę.
 - Dziękuję.
Wzięłam głęboki oddech czując, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. Denerwowałam się przed kolejną próbą.
 - Dam Ci dobrą radę, zanim pójdziesz. - Odezwała się ponownie kamienna istota. - Nie przed wszystkim należy się bronić, lecz przyjąć i zaakceptować.
Popatrzałam na strażnika z wdzięcznością.
 - Wydaje mi się, że rozumiem. Jeszcze raz dziękuję.
Uniosłam wysoko podbródek i pchnęłam ciężkie wrota. Chwilę później zamknęły się za mną, a ja znowu zostałam sama. Głucho i cicho, jednak dość jasno. Rzuciłam okiem na sufit i dostrzegłam bladoniebieskie kryształy, którymi usiane było sklepienie. Kamienie jaśniały rzucając słabe światło na pomieszczenie. Rozejrzałam się uważnie i dostrzegłam nieruchomą postać pod ścianą. Podeszłam do niej ostrożnie i szybkim ruchem przewróciłam na plecy. Kobieta miała niebieskie włosy z papierową różą wpiętą koło skroni, bladą cerę i czarny kolczyk w dolnej wardze.
 - To jego żona, bez pudła. - Stwierdziłam.
Demonica poruszyła się słabo i wymamrotała coś pod nosem. Zmarszczyłam brwi i pochyliłam się bardziej.
 - Za tobą. - Jęknęła.
Tak, cóż... Chyba nie uczę się na błędach. Przeleciałam przez całe pomieszczenie i z hukiem uderzyłam w skalną kolumnę. Zaparło mi dech w piersi, nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Widmo jednak nie zamierzało czekać, aż się pozbieram. Zamachnęłam się bezradnie włócznią, by go odpędzić, ta jednak dosłownie przez niego przeniknęła. Lodowate szpony zacisnęły się na mojej szyi. Jęknęłam, gdy pociemniało mi przed oczami.
 - Śmiertelnicy są tacy przewidywalni. - Westchnął znudzonym tonem strażnik.
 - Ach tak? - Wycedziłam przez zęby. - Żryj to!
Przestałam się rzucać dobrą chwilę temu - dotarło do mnie, że tak nic nie zdziałam. Zamiast tego naparłam na tarcze ochraniające umysł widma. Istota cofnęła się zaskoczona nagłym atakiem psychicznym i wypuściła mnie ze swojego uścisku. Oparłam się o ścianę, by nie upaść, jednocześnie jednak nie pozwoliłam sobie na zerwanie kontaktu wzrokowego. Choć spojrzenia przyjemnego nie miał. W sumie wcale go nie miał, bo oczodoły były puste. A w zasadzie to cały był mało... Atrakcyjny. Był to szkielet o korpusie przypominającym skrzyżowanie człowieka i nietoperza, z wielkimi szponami i ludzką czaszką. Postać odziana była w poszarpane szaty tylko częściowo przesłaniające kości.
Siłowaliśmy się dłuższą chwilę. Na zmianę ja i on wzajemnie wymierzaliśmy mentalne ciosy w mury obronne stanowiące obronę przed atakami psychicznymi i broniliśmy się przed nimi. W końcu ta zabawa w kotka i myszkę mnie znudziła. Postawiłam wszystko na jedną kartę - opuściłam tarcze ochronne i natarłam z pełną mocą. W tym samym czasie zacisnęłam palce na mojej broni i cisnęłam ją przed siebie celując prosto w miejsce, gdzie widmo powinno mieć lewe oko. Istota wrzasnęła rozdzierająco, padła na ziemię kilka metrów ode mnie i rzucała się po podłożu. Przyzwałam drugą włócznię, zbliżyłam się do strażnika i go dobiłam - mimo wszystko nie chciałam przedłużać jego cierpień.
Kiedy upewniłam się, że więcej nie wstanie, wróciłam do Konan.
 - Przysłał mnie Pain. - Powiedziałam do półprzytomnej kobiety. - Nie obawiaj się, niedługo Cię stąd zabiorę. Możesz usnąć. - Dodałam uśmiechając się do niej uspokajająco.
Kiwnęła tylko głową, zamknęła oczy i rzeczywiście zasnęła. Znalazłam jakiś patyk i szybko narysowałam wokół niej krąg ochronny, w razie gdyby widmo jednak jakimś cudem się pozbierało. Następnie podeszłam do małego stoliczka tuż przy kolejnych, dwuskrzydłowych drzwiach.
"Próba trzecia:
Jak dobrze się znasz? Przekonaj się zaglądając w lustro."
Jakie znowu lustro? Przecież tu nic nie ma! - pomyślałam zirytowana. Nagle poczułam, jak całą grotę przeszyła fala mocy, aż się zachwiałam. Pomieszczenie wypełnił dźwięk dzwonu, choć nie mam pojęcia skąd. Nadeszła północ - dotarło do mnie. - Mam jeszcze niecałą godzinę.
Wtedy też rozległ się potężny trzask i sklepienie się posypało. Gdy pył opadł odetchnęłam z ulgą - niebieskowłosa znajdowała się wystarczająco blisko ściany, by żaden odłamek z sufitu jej nie dosięgnął. Podeszłam do góry gruzu i spojrzałam w górę. Księżyc świecił pełnią swego blasku. Mój wzrok opadł w dół i ze zdumieniem stwierdziłam, że widmo stoi spokojnie obok mnie, stosu kamieni już nie było, a w jego miejscu pojawił się mały staw. No tak, zbiorniki wodne stanowią przenośnię luster.
 - Dobrze się zastanów, zanim spojrzysz. Niewielu śmiałków jest w stanie przejść ostatnią próbę. - Odezwał się strażnik cichym, zmęczonym tonem. Zupełnie innym, niż na początku.
 - Chyba jeszcze takiego tu nie było, skoro zwój wciąż jest na miejscu. - Zauważyłam złośliwie.
Istotę najwyraźniej rozbawiła moja odpowiedź, bo wydała z siebie dźwięk podobny do chrapliwego śmiechu.
 - Nie mogę się nie zgodzić. - Przyznało stworzenie, zaraz jednak spoważniało. - Jesteś naprawdę silną wojowniczką, ale czy wystarczająco silną, by dać radę i w tym starciu?
 - Przekonajmy się.
 - Ależ proszę. Tylko nie mów, że nie ostrzegałem.
Podeszłam bliżej, usiadłam po turecku przed samym brzegiem i zajrzałam w głąb jeziorka. To takie uczucie, jakbyś skoczył w ciemną dziurę, a otaczający Cię świat w błyskawicznym tempie się oddalał do momentu, aż otaczać Cię będzie tylko nieprzenikniona czerń. Dopiero po jakimś czasie "chodzenia" w próżni zaczęłam dostrzegać kontury. Szłam po kamienistych płytach przez komnatę o niesamowicie wysokim sklepieniu. Przede mną z mroku powoli wyłaniały się grube kraty sięgające samego sufitu. Tworzyły one żelazne wrota z zamkiem jak cały mój dom, dodatkowo obwiązanym łańcuchem i zatrzaśniętym na kłódkę.
 - Przybyłaś.
Wzdrygnęłam się. Głos był niski, głęboki i przeszywał do szpiku kości. Jednocześnie był też obezwładniający, nie dało się tak po prostu przestać go słuchać. Wręcz przeciwnie - miałam ochotę podbiec i przejść przez - dla mnie - gigantyczne wyrwy między metalowymi prętami, by usłyszeć go wyraźniej. Moja samokontrola powstrzymała mnie jednak przed tym głupstwem - miałam jeszcze jakiś instynkt samozachowawczy, wbrew pozorom.
 - Owszem. - Odpowiedziałam tylko starając się dojrzeć coś więcej w panujących wokół ciemnościach.
 - Najwyższy czas. - Skomentował uszczypliwie.
 - Och, wiesz, miałam mały poślizg. Musiałam przeżyć lata treningu, kilka akcji w których omal nie straciłam życia i inne takie bzdety. - Rzuciłam luźno usiłując namierzyć źródło głosu, ponieważ wciąż nic nie widziałam.
Podłoże zadrżało nieznacznie pod wpływem śmiechu istoty zza krat.
 - Lepiej by dla Ciebie było, gdybyś nigdy nie dowiedziała się o moim istnieniu. - Powiedział głos, kiedy dostrzegłam ruch po drugiej stronie celi. Z mroku wyłonił się czarnowłosy chłopak o lekko opalonej cerze, czarnych białkach i tęczówkach, lecz białych źrenicach i obwódce wokół "koloru" oka. - Nazywam się Czarny Kruk. Od dziś stanę się twoim koszmarem.

1 komentarz:

  1. Waleczna Sakura ale i z dobrymi słowami opisała sytuację - Najpierw mam go pokonać, a potem poskładać do kupy? Świetnie. - Hahaha padam "Patrz w górę, durna! - zganiłam samą siebie, ale było już za późno." - Sakura jak zawsze wyluzowana " - Och, wiesz, miałam mały poślizg. Musiałam przeżyć lata treningu, kilka akcji w których omal nie straciłam życia i inne takie bzdety. - Rzuciłam luźno usiłując namierzyć źródło głosu, ponieważ wciąż nic nie widziałam." Podoba mi się to ale czasem przesadza. :) Czarny Kruk jak zawsze groźny i złowieszczy. Przerażający on jest ale Sakura chyba się nie boi. To dobrze ale czasem mogłabym okazać strach. Co do całego rozdziału bardzo mi się podobał coś zaczyna się dziec nie tak jak w rozdziale piątym - Nuda - Ale wiem jak to jest czasem trzeba nudzić żeby potem było "wejście smoka" tak jak w tym przypadku:) więcej takich rozdziałów i czekam na next'a z niecierpliwością. :*

    OdpowiedzUsuń