czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 2 "Starcie przed górami"

Obudziłam się na chwilę przed osiemnastą. Usiadłam i przeciągnęłam się z zadowoleniem. Zerknęłam na Zorzę. Spała pogrążona w głębokim śnie. Dobrze, że nic więcej się nie działo. Dzięki temu obie mogłyśmy zregenerować siły - pomyślałam. Wodziłam rozleniwionym spojrzeniem po otoczeniu. Nagle zerwałam się z miejsca, jak poparzona. Zaraz za magicznym kręgiem leżał wielki pies. A właściwie ogar piekielny. Opierał pysk na przednich łapach i przyglądał mi się spokojnie swoimi czerwonymi ślepiami. Naciągnęłam nerwowo kaptur na głowę i zebrałam wszystkie rzeczy. Klepnęłam mojego konia w bok. Zorza potrząsnęła swoją grzywą i popatrzała na mnie, jakby z wyrzutem. Potem jednak wciągnęła świeże powietrze do płuc i gwałtownie poderwała się na nogi. Rżąc nerwowo wycofała się na drugi koniec bariery. Powoli wstałam i podeszłam do mojego wierzchowca.
- Nic wam nie zrobi.
Podskoczyłam przerażona, po czym odwróciłam się za siebie. Opierając się o jedno z drzew przyglądał mi się wysoki brunet o czarnych oczach. Raczej blady. Miał na sobie białą koszulę z rękawami podwiniętymi przed łokcie i czarne, proste spodnie. Przez chwilę mierzyliśmy się badawczymi spojrzeniami. Wampir? Duch? Demon? - myślałam gorączkowo.
- Czym jesteś? - Spytałam w końcu, gdy ten nic się nie odzywał.
- Zwykle grzeczność wymaga, by się najpierw przedstawić.
- Zwykle nie przygląda się obcym, gdy śpią.
Jego wargi wygięły się w kpiącym uśmieszku.
- Czego chcesz? - Zniecierpliwiłam się.
- Skąd pomysł, że czegoś chcę?
- Jesteś tu z jakiegoś powodu.
- Po prostu jestem ciekawy. - Moje reakcje wyraźnie go bawiły. - Gdzie zmierzasz?
- Na wschód. - Odparłam zwięźle i zaczęłam zakładać Zorzy siodło. Chwilę później wyuczonym ruchem wskoczyłam na grzbiet konia. Mój wierzchowiec zarżał i kolejny raz potrząsnął grzywą. - Nie śledź mnie. A jak jeszcze raz wyślesz za mną swojego kundla, to odeślę Ci go w częściach.
- Uła, dziewczyna z pazurem. - Zaśmiał się cicho.
Rzuciłam mu krzywe spojrzenie.
- Demony nie mają nic do roboty? Widzę, że opierdalacie się w tym piekle.
- Tak się składa, że mam chwilę dla siebie. - Zmrużył oczy. - Wiesz, mógłbym Ci pomóc. Dotrzeć tam, gdzie zmierzasz. Osiągnąć to, czego pragniesz. Nawet wiedźmy potrzebują czasami pomocy.
- Ja nie potrzebuję. Odejdź. - Syknęłam zirytowana.
Przyglądał mi się przez chwilę, po czym w końcu odepchnął się od pnia drzewa i powolnym krokiem ruszył w stronę drogi. Gdy stanął już na jej środku ponownie obrócił się w moim kierunku i uśmiechnął się bezczelnie.
- Jeszcze się spotkamy, Sakura Haruno. - Powiedział, zagwizdał na ogara i chwilę później razem z psem rozpłynął się w powietrzu.
Zacisnęłam usta w wąską linię. Jestem głodna, po drodze zaliczyłam już starcie z Upiorem, a na dodatek napatoczył się demon. Po prostu zajebiście - skwitowałam podirytowana. Ścisnęłam boki konia i ruszyłam przed siebie

~☆~

Dochodziła już dwudziesta druga, gdy zajechałam do podnóża gór. Zeskoczyłam z konia i dalej prowadziłam Zorzę za wodze. Strome zbocza były wyjątkowo niebezpieczne - co rusz musiałam używać magii i za pomocą zaklęć "dobudowywać" skały, gdy droga okazywała się zbyt wąska dla mojego wierzchowca.
Akurat zeszłyśmy do doliny między jedną, a drugą górą, gdy dostrzegłam tam jakąś postać. Tym, co przyciągało uwagę, była przede wszystkim skóra - lewą stronę ciała miał białą, zaś prawą czarną. Do tego jedną tęczówkę miał koloru żółci, a drugie było całe żółte. Miał na sobie zieloną, lnianą koszulę, beżowe spodnie i i czarny płaszcz do kostek. Kolejną rzeczą rzucającą się w oczy był znak na jej tyle - białe koło z wpisanym w środek trójkątem.
Znak Jashina - pomyślałam. Kiedyś miałam okazję przeczytać o nich w jednej z licznych ksiąg. Wszyscy członkowie tworzyli Akatsuki, bractwo Jashina. Najgorsze demony, jakie kiedykolwiek stąpały po ziemi. Sprawcy wielu krwawych wojen, epidemii i całej masy innych, zdecydowanie złych rzeczy.
Postać swobodnym krokiem szła przed siebie, najwyraźniej nie obawiając się ataku. Wtedy też zrozumiałam, że nie spodziewa się ataku, ponieważ sam właśnie atakował. Z jego wyciągniętej ręki wystrzeliły pnącza w stronę młodej dziewczyny, której wcześniej nie widziałam. Próbowała krzyknąć, ale w jej ustach pojawił się knebel utworzony z liści. Nawet z tej odległości widziałam, jak po jej policzkach płyną łzy.
- Musimy jej pomóc, Zorza. - Powiedziałam błyskawicznie dosiadając konia.
Chwilę później gnałam w ich stronę nawet nie ukrywając własnej obecności. Napastnik odwrócił się bokiem w moją stronę obrzucając mnie zaskoczonym spojrzeniem.
- Zaklęcie przyzywające: kamienna włócznia!
Gdy tylko przedmiot zmaterializował się w moich dłoniach zamachnęłam się na członka Akatsuki. Ten wydał z siebie syk niezadowolenia, gdy wypuścił dziewczynę i odskoczył, by uniknąć taranu ze strony konia oraz mojego ataku. Zatrzymałam wierzchowca i zeskoczyłam na ziemię obok dziewczyny. Chwyciłam jej ramię i szarpnięciem postawiłam na nogi.
- Wsiadaj i jedź, znajdę was później!
- Ale ja nie umiem jeździć!
- To nie ważne! Zorza wie, co robić!
Obróciłam się w stronę wroga. Jęknęłam z bólu, gdy dokładnie wtedy w lewą rękę wbił mi się kolec wielkości małego sztyletu. Zaciskając zęby wyrwałam go z ramienia i skupiłam się na moim żywiole. Ziemia zadrżała w posadach. Mój przeciwnik zmarszczył brwi i cofnął się o krok.
- Deszcz kamiennych włóczni! - Krzyknęłam.
Zamachnęłam się i rzuciłam tą, którą wciąż trzymałam w dłoni. Z nieba posypały się jej idealne kopie. Chłopak klnąc szpetnie pod nosem utworzył coś w rodzaju tarczy z pnączy. Uniósł ją nad głowę chcąc uchronić się przed moim atakiem. Zapomniał jednak o pierwszym z pocisków, który nadlatywał z mojej strony. Ta włócznia przebiła jego brzuch. By nie zdążył wyprowadzić kontrataku uderzyłam prawą pięścią w ziemię przede mną.
- Trzęsienie ziemi!
Mój przeciwnik krzyknął rozdzierająco, kiedy podłoże rozstąpiło się pod jego stopami i wpadł w czarną otchłań. Wysiliłam się jeszcze trochę i zasklepiłam utworzoną chwilę temu wyrwę w ziemi. Ciężko dysząc opadłam na kolana. Powinnam staranniej dobierać zaklęcia - stwierdziłam czując, że zużyłam całkiem spore pokłady energii. Z trudem stanęłam na nogi.
- Zaklęcie lecznicze: oczyszczenie. - Mruknęłam.
Wystarczyło już opatrzyć ranę. Tylko, że moje bagaże były przytroczone do siodła Zorzy, więc najpierw musiałam ją znaleźć. Szybkim krokiem ruszyłam przed siebie z nadzieją, iż poszukiwania nie zajmą mi zbyt dużo czasu.

~☆~

Przez pół godziny błąkałam się w ciemnościach. W mroku nie mogłam wytropić mojego wierzchowca, zużyłam zbyt wiele pokładów energii by go namierzyć, a stworzyć światła nie chciałam wiedząc, że wtedy będę niczym latarnia morska podczas sztormu. Postanowiłam, że usiądę i poczekam, aż zacznie być nieco widoczniej. Wtedy jednak usłyszałam trzask łamanej gałązki. Ani drgnęłam. Nasłuchiwałam. Z pomiędzy drzew wyszedł Kitsune. Był piękny. Złocistorudawa sierść lśniła nawet w ciemnościach, jasnoniebieskie oczy spoglądały inteligentnie prosto na mnie, gdy z gracją kroczył w moim kierunku. Nie mogłam oderwać od niego swojego spojrzenia.
Na metr przede mną przybrał postać ludzką. Wysoki blondyn o niesamowicie niebieskich tęczówkach i z lekką opalenizną. Miał na sobie czarną koszulkę z obciętymi rękawami, beżowe spodnie przed kolana i sandały (w sensie takie prawdziwe japońskie sandały, jak na filmach kostiumowych). Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- To Ty pomogłaś kapłance? - Zapytał.
Kapłance...? Ach, faktycznie miała kimono, gdy o tym pomyślę.
- Tak, zdaje się, że to ja. A Ty kim jesteś?
- Jej przyjacielem. Możesz chodzić?
- Tak.
Chciałam wstać samodzielnie, wtedy jednak chłopak bezceremonialnie wziął mnie na ręce.
- Tak będzie szybciej. - Wyjaśnił widząc moje spojrzenie.
- To po co pytałeś?
- Profilaktycznie.
Jego oczy zalśniły srebrem. Wiatr się wzmógł. Jeden z podmuchów owinął się wokół naszych ciał i uniósł nas nad podłoże. Potem wzlecieliśmy jeszcze wyżej i chwilę później mknęliśmy ponad drzewami i górami. Kilka minut później dostrzegłam cel naszej podróży - małą świątynię niewidoczną z dołu, skrytą za sporych rozmiarów głazem. Wylądowaliśmy miękko dwa metry od wejścia.
- Nie wiedziałam, że Kitsune potrafią latać. - Rzuciłam luźno, gdy postawił mnie na ziemi.
- Bo nie potrafią. - Zaśmiał się cicho. - Wszystko Ci wyjaśnimy, ale najpierw wejdźmy do środka.
Skinęłam głową, jednak nie ruszyłam się z miejsca.
- A gdzie mój koń?
- Z tyłu jest stajnia i ogród. Właśnie tam zmierzamy.
Dopiero wtedy podążyłam za moim przewodnikiem. Wkroczyliśmy do środka. Szliśmy wąskim, marmurowym korytarzem. Po prawej były drzwi do sali, w której składano modły. Po lewej były pokoje kapłanek. My zaś kierowaliśmy się na wprost, by chwilę później wyjść do małego, ale uroczego ogrodu. Tam dostrzegłam dziewczynę, którą już dziś widziałam i starszego, białowłosego mężczyznę.
- Skoro już jesteśmy, to najpierw wypada się przedstawić. Nazywam się Naruto Uzumaki. - Odezwał się ponownie blondyn. - Kapłanka, którą uratowałaś, to Hinata Hyuuga.
- Dziękuję za ratunek. - Uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.
Przyjrzałam się jej. Miała atramentowe włosy sięgające pasa, białe tęczówki, jasną cerę i dziewczęcy typ urody. Miała na sobie biało-fioletowe kimono i sprawiała wrażenie urodzonej w arystrokratycznej rodzinie. No tak. W końcu Hyuuga - przemknęło mi przez myśl.
- A to mój mistrz, Jiraya-sama.
Wytrzeszczyłam oczy. Zaraz się jednak zreflektowałam i pospiesznie głęboko skłoniłam.
- To zaszczyt pana poznać. - Powiedziałam, gdy już się wyprostowałam. - Nazywam się Sakura Haruno. Jestem uczennicą Tsunade-sama. - Zamilkłam na moment czując na sobie intensywne spojrzenie mężczyzny. - Wyruszyłam w podróż, by powiadomić pana o jej śmierci.
- Babunia nie żyje? - Wyszeptał osłupiały blondyn.
- Jak to się stało? - Zapytał matowym tonem białowłosy. - I kiedy?
- Dwa dni temu, z samego rana, udała się do pobliskiej wioski. Chłopi ją pojmali i spalili na stosie.
- Jakim cudem? Tsunade nie była słaba! - Oburzył się.
- Ostatnio osłabła. Wiele sił straciła na walce z wilkołakami, które atakowały i zabijały mieszkańców. Jeden z nich poważnie ją ranił i powoli dochodziła do siebie. Jednak nie dała sobie powiedzieć i nie odpoczęła wystarczająco długo. - Wyjaśniłam. - Tej samej nocy objawiła mi się jako duch. - Moje wargi drgnęły lekko. - Najpierw obrzuciła ludzi z wioski masą przekleńst, potem opowiedziała mi co się stało, znowu ich zwyzywała, po czym nakazała powiadomić o jej śmierci Jirayę-sama mieszkającego w górach.
- Rozumiem. - Powiedział cicho.
- Chce pan z nią pomówić? - Widząc nierozumiejące spojrzenia pozostałej trójki westchnęłam cicho. - Tsunade-sama mnie nauczała. Sama też jestem wiedźmą i jestem w stanie ją przyzwać.
Jiraya sama zastanawiał się przez chwilę, w końcu jednak pokręcił przecząco głową.
- Nie. Niech spoczywa w pokoju. - Potarł dłońmi zmęczoną twarz. - Zostań na noc, dziecko. Jutro dokończymy tę rozmowę, dobrze?
- Oczywiście.
- Pokażę Ci pokójm, w którym będziesz dziś spać. - Zaproponowała kapłanka wstając z miejsca.
- Dziękuję.
Przechodząc położyła dłoń na ramionach obu mężczyzn, później razem ze mną wkroczyła z powrotem do świątyni.

~☆~

W nocy dręczyły mnie koszmary. Szamotałam się i rzucałam przez sen, aż w końcu zirytowana wstałam i postanowiłam się przejść. Wyszłam do ogrodu i wzdychając ciężko obserwowałam drzewo wiśni rosnące zaraz przy wzniesieniu. Nagle zamarłam, gdy dostrzegłam Jirayę-sama siedzącego na kamiennej ławce w cieniu płaczącej wierzby. Chciałam się wycofać i zostawić go samego, ale mężczyzna w tym samym momencie odwrócił się w moim kierunku. Uśmiechnął się łagodnie i skinął na mnie ręką. Grzecznie podeszłam do miejsca jego pobytu i zajęłam miejsce obok niego.
- Tsunade-sama była pana żoną, prawda? - Spytałam cicho po dłuższej chwili ciszy. - Przepraszam, może nie powinnam pytać, ale moja mentorka nigdy nie mówiła dużo o swoim życiu prywatnym. To dlatego... - Urwałam w połowie uśmiadamiając sobie, że przez moje wyjaśnienia nie daję dojść Jirayi-sama do głosu.
- Nie byliśmy małżeństwem, ale faktycznie tworzyliśmy coś w rodzaju związku. Kochaliśmy się. Jednak rozstaliśmy się jeszcze przed tym, jak wzięła Cię pod swoje skrzydła. Mówiła ciągle o sile przeznaczenia. Myślę, że miała jakąś wizję, o której nie chciała mi powiedzieć. Sama zdecydowała o odejściu. Powiedziała, że losu nie da się oszukać i odeszła. Próbowałem przekonać ją do powrotu, ale gdy tylko pojawiłem się w zasięgu jej wzroku pogoniła mnie duchami. - Zaśmiał się cicho pod nosem. - Użerałem się z nimi przez bite trzy tygodnie.
- Och... To musiało być trudne.
- O tak, z pewnością. Jeden z nich ciągle pakował mi się do wanny. Pomijając już sam fakt jego obecności, stwarzał raczej niemiłą atmosferę z tą głową pod pachą.
Parsknęłam śmiechem.
- Jak ja raz wykradłam z naszych zapasów gruszkę, to dostałam niezłą burę. Byłam wtedy chora i zwracałam wszystko, poza niesmacznymi wywarami z ziół. Wtedy przydzieliła mi ducha-opiekuna. Też dawał mi popalić. Nie dość, że nic nie mogłam, to ciągle jazgotała mi nad uchem.
I tak zaczęliśmy wymieniać się z Jirayą-sama różnymi opowieściami o śmiesznych sytuacjach związanych z Tsunade-sama. Było to coś w rodzaju naszego prywatnego pożegnania w wesołym tonie. Dzięki temu też udało mi się poznać moją mentorkę od innej strony - zakochanej, zawstydzonej, niepewnej.
- Dziękuję, że podzielił się pan ze mną waszymi wspólnymi wspomnieniami.
- Nie ma za co. Zasługiwałaś na to. - Zerknął na nocne niebo. - Idź spać, dziecko. Śmierć jest bolesna, ale powszechna w tym świecie. Musimy pozwolić sobie na dalszą drogę.
- Tak, ma pan rację. - Skłoniłam się przed nim z szacunkiem. - Dobranoc, Jiraya-sama.
- Dobranoc.
Po tej rozmowie wróciłam do łóżka i nie miałam już problemu ze snem.

1 komentarz:

  1. Spotkanie Sakury z Sasuke było trochę dziwne, ale nie w złym znaczeniu tego słowa tylko dobrym. :) Sakura jest odważna i bardzo pomocna tak rzucić się na ratunek obcej osobie? No no :) co do samej walki walczyła z bardzo ciężkim przeciwnikiem ale dala rade wiec można powiedzieć że Tsunade była dobra mentorką. Później gdy spotkała Naruto to moim zdaniem było lepsze i ciekawsze spotkanie niż te z Sasuke no ale cóż. Rozmowa z "przyjacielem" Tsunade była również ciekawa :D lecę do następnego :*

    OdpowiedzUsuń