czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 1 "Upiorny początek"

Destrukcja.
Obudziłam się z tym słowem na ustach. Rozejrzałam się czujnie po pokoju, ale nie dostrzegłam niczego podejrzanego. Potarłam niespokojnie skronie. Odczuwałam niepokój. Jego źródłem był mój sen, z którego jednak niewiele pamiętałam. Pokręciłam głową, tym samym odganiając natrętne myśli i czym prędzej wstałam. Im szybciej skupię się na moim zadaniu, tym szybciej zapomnę o nieistotnych głupotach - pomyślałam. Szybko się ubrałam i wyszłam z mojej komnaty.
Chata nie była duża. Z zewnątrz wchodziło się do dość dużego salonu. W północnej ścianie znajdował się piec, w prawym rogu stał duży i szeroki stół zawalony księgami, na środku pomieszczenia leżały duże poduchy ustawione w okrąg, zaś w jego środku stała duża misa. Często mieszałyśmy lub ugniatałyśmy w niej różne zioła. Cała północną ścianę zajmowały regały z innymi księgami i różnymi eliksirami oraz składnikami. Od głównego pomieszczenia odchodziły trzy pary drzwi: jedne do mojego pokoju, drugie do byłego pokoju mojej mentorki, zaś trzecie do łazienki. Gdy przygotowywałyśmy sobie posiłki sprzątałyśmy stół z opasłych tomów i korzystałyśmy z niego, jak z blatu kuchennego.
Rozejrzałam się po chacie i z żalem pomyślałam, że już wkrótce będę musiała stąd odejść. Zgodnie z wolą Tsunade-sama, w najbliższą pełnię, która nadejść miała w nocy jeszcze tego samego dnia. Gdyż jego światło odkrywa przed nami prawdę, dziecko - powiedziała pewnego razu, gdy zapytałam, dlaczego księżyc odgrywa tak ważną rolę w życiu wiedźm.
Gdy siedziałam już na jednej z wielu miękkich i ogromnych poduch, w mojej głowie zagościło wspomnienie mojego snu. Dominował w nim ogień, siejący zamęt i spustoszenie. Ale nie działał sam. Buchający żar wzniecały porywiste podmuchy wiatru zdolne zdmuchnąć wszystko i wszystkich ze swojej drogi. Żadnego z żywiołów nie dało się okiełznać - ale można było użyć ich nieposkromionej mocy na swoją korzyść.
W zamyśleniu wypiłam do końca napar z ziół, które podziałały kojąco na moje skołotane nerwy i pomogły odzyskać jasność umysłu. W końcu podniosłam się z miejsca i zaczęłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy już skończyłam obrzuciłam bagaż krytycznym spojrzeniem. Było go zdecydowanie za dużo, jak na mnie. Nawet, jeśli posiadałam więcej siły, niż przeciętna kobieta.
- Zaklęcie pomniejszające: to, co duże, niech małe się stanie!
Jasnozielona mgiełka otoczyła moje dłonie, by po chwili pomknąć w stronę torb. Chwilę później ich wielkość dorównywała śliwkom. Wrzuciłam je do małej sakiewki, którą miałam przyczepioną do pasa i ostatni raz rozejrzałam się po domu. Właśnie zostawiałam za sobą całą masę dobrych i złych wspomnień. Cicho wzdychając wyszłam na zewnątrz.
Stanęłam przodem do chaty w odległości dziesięciu metrów i zamknęłam oczy. Skupiłam się na energii, którą w sobie nosiłam. Pozwoliłam jej rozprzestrzenić się w moim ciele. Gdy byłam gotowa rozchyliłam powieki. Choć nie widziałam samej siebie, to wiedziałam, że oczy świeciły mi niczym pochodnie, zaś ciało otacza jasnozielona mgiełka, tak jak to było, gdy rzucałam zaklęcie pomniejszające.
- Zaklęcie maskujące: to, co widoczne, niech skryje się przed wzrokiem!
Jasna smuga światła wystrzeliła z moich rąk w stronę przysadzistego budynku. Chwilę później obraz domku się rozmył, po czym zniknął całkowicie. Moje wargi wygięły się w zadowolonym uśmiechu. Co prawda zaklęcie nie było wysokiej kategorii, jednak używanie swoich umiejętności oraz osiąganie zamierzonego celu zwykle daje człowiekowi poczucie satysfakcji.
Uniosłam swoje spojrzenie w górę, na bezchmurne niebo. Wysoko w górze dostrzegałam bladobiałą tarczę księżyca. Najwyższy czas, by wyruszyć - uznałam. Odwróciłam się i wtedy mój wzrok spoczął na moim wierzchowcu. Biały, dostojny koń stał grzecznie przy krawędzi lasu. Nawet z takiej odległości dostrzegałam jego szmaragdowe oczy i pasemka tego samego koloru w białej grzywie. Szybkim krokiem skierowałam się do zwierzęcia, po czym zwinnie wskoczyłam na jego grzbiet. Usadowiłam się wygodnie w siodle, pogłaskałam po szyi mojego towarzysza i lekko nacisnęłam piętami na jego boki.
Z początku poruszałyśmy się stępem, ponieważ drzewa rosły zbyt gęsto. Dopiero godzinę później przyspieszyłyśmy do kłusu, a kiedy wyjechałyśmy na otwartą przestrzeń - do galopu. Zorza, bo tak nazywał się mój wierzchowiec, zaczynała się powoli męczyć, więc przed północą zarządziłam półgodzinny postój. Rozluźniłam jej popręgi i podprowadziłam do strumienia, by mogła zaspokoić pragnienie. Sama zaś postanowiłam rozprostować nogi.
Kilka minut później, kiedy to spokojnie przechadzałam się wzdłuż rzeczki, usłyszałam niespokojne rżenie Zorzy. Wróciłam się do niej i uspokajająco przeczesałam palcami grzywę. Mój wierzchowiec uspokoił się pod moim dotykiem, wciąż jednak napinał mięśnie, jakby gotował się do ucieczki. Rozejrzałam się dyskretnie. Moją uwagę przykuły dwa krwistoczerwone punkty między drzewami. Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz. Dobrze, że dzieli nas spora odległość, bo nie mam ochoty sprawdzać, co przypatruje się nam tak wygłodniałym wzrokiem - pomyślałam.
- Wystarczy odpoczynku, co? - Mruknęłam, a Zorza potrząsnęła grzywą, jakby na znak, że się zgadza.
Zacisnęłam popręgi i ponownie dosiadłam mojego konia. Tym razem nie poprzestaliśmy tylko na galopie - przeszliśmy do cwału.

Podziemia, siedziba Uchihów.

Siedziałem znudzony na wielkim fotelu, z Karin na kolanach, która swoją drogą zaczynała być już zbyt irytująca, i wpatrywałem się w magiczną kulę. W pewnym momencie poczułem, że jeden z moich ogarów chce nawiązać ze mną kontakt telepatyczny. Zamknąłem oczy i skupiłem się na tym konkretnym osobniku.
- Panie.
- Czego?
- Mam dla Ciebie wieści. Gdy byłem na polowaniu, natknąłem się na interesującego człowieka. Emanowała niezwykłą aurą.
- Ona? To kobieta?
- Zgadza się. Życzy Pan sobie zobaczyć?
- Tak.
Otworzyłem oczy, zrzuciłem Karin z kolan i zaintrygowany pochyliłem się nad kulą. Mlecznobiała mgięłka zagotowała się, by po chwili nabrać barw i przekształcić się w obraz. Z mroku wynurzyła się otwarta przestrzeń zalana światłem księżyca. Przez sam środek przebiegał mały stumyk, z którego koń. Już chciałem zganić ogara za brak konkretów, gdy w pobliżu rzeki dostrzegłem drobną postać. Wyglądała raczej niepozornie. Miała kaptur, więc nie widziałem twarzy, jednak po stroju łatwo dało się określić płeć. Moje usta wygiął zadowolony uśmieszek. Natura jej nie pożałowała. Potem jednak skupiłem się na jej aurze. Rzeczywiście, nie była taka, jaką mają zwykli ludzie. Może być całkiem interesująca... Choć, równie dobrze, może być po prostu mieszańcem - myślałem, gdy w międzyczasie Karin zebrała resztki swojej dumy i urażona opuściła mój gabinet. Niespecjalnie się tym przejąłem - wróci najpóźniej następnego dnia.
- Śledź ją. I zdawaj raport, gdyby działo się coś godnego mojej uwagi. - Poleciłem.
- Wedle rozkazu, Panie.

Godzina do świtu.

Dotarłam do jakiejś wioski. Z początku nie zauważyłam w niej nic dziwnego, byłam zbyt zmęczona po całonocnej podróży. Chciałam już tylko wynając jakiś pokój i pójść spać. Zorza również była już zmęczona. Przemieszczałyśmy się jedynie stępem, powoli mijając kolejne domki i inne, małe budynki. Wtedy przez moje myśli przedarła się pewna myśl - dotarłam już niemal do centrum wsi, a jak dotąd nie napotkałam żywej duszy. Zerknęłam na mojego konia, ten jednak był spokojny. Jestem przewrażliwiona. To pewnie przez brak snu - uznałam zsiadając z wierzchowca. Wodze zostawiłam luźno, Zorza i tak nie odjechałaby beze mnie, po czym skierowałam się do gospody.
Ledwo przekroczyłam próg i od razu mnie cofnęło. Odór był nieznośny, aż oczy mi załzawiły. W izbie głównej walały się resztki starego jedzenia, taniego alkoholu i... Zwłoki. Zakryłam nos i usta chustą, którą miałam zawiązaną na szyi. Wtedy już wiedziałam, dlaczego było tak cicho. Jakiś czas temu do miasteczka w pobliżu mojego domu dotarły plotki o epidemii, która ogarnęła wieś na wschodzie. A ja, jakby nie patrzeć, od samego początku podążałam na wschód. Pokręciłam głową na własną głupotę i czym prędzej opuściłam budynek. Nie zamierzałam zostawać tam ani chwili dłużej.
- Przykro mi, Zorza, ale tu się nie zatrzymamy. - Zwróciłam się do konia.
Na skraju mojego pola widzenia przemknął jakiś cień. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Czyżby istota, którą wtedy widziałam, pokonała całą tą drogę za mną? - pomyślałam. Nie była to zbyt wesoła wizja.
Nagle zrobiło się chłodniej; czułam, jak temperatura gwałtownie spada. Z moich ust wydobywały się obłoczki. Spięłam się. Jest źle, bardzo źle. Rozejrzałam się uważnie. W uliczce kilkanaście metrów ode mnie coś się poruszyło. Mój koń zarżał nerwowo. Cień zagotował się i koślawie stąpając wyszedł na główną ulicę. Dopiero wtedy, w blasu księżyca, byłam w stanie ujrzeć istotę w pełni. Posturą przypominała człowieka, ale na tym podobieństwa się kończyły. Kończyny miał powyginane pod dziwnymi kątami, oczodoły zionęły pustką, mięso było w stanie rozkładu, w niektórych częściach ciała dało się dostrzec kości. Poza tym postać otaczała aura śmierci i mroku. Upiór. Bosko - pomyślałam kwaśno.
Szybko obróciłam się przodem do mojego wierzchowca, położyłam obie dłonie na jego chrapach i przekazałam mu odrobinę swojej magii. W ten sposób zregenerowałam siły zwierzęcia i odpędziłam zmęczenie. To jednak nieco mnie osłabiło, nie było rozwiązaniem na dłuższą metę i ja również musiałam odpocząć. Z jękiem wciągnęłam się z powrotem na siodło. Wtedy z niepokojem dostrzegłam, że Upiór nie był moim jedynym zmartwieniem. Z budynków zaczęły dochodzić mnie pojedyńcze powarkiwania i hałasy, jakie towarzyszą trupom wstającym z ziemi. Stworzył sobie kumpli, no ekstra. Westchnęłam.
Uniosłam się w strzemionach i wyciągnęłam ręce w górę.
- Zaklęcie ochronne: kamienna zbroja! - Podłoże zatrzęsło się, gdy użyłam magii ziemi. Otaczające mnie kamienie uniosły się i zbiły w sporych rozmiarów kulę. Ta następnie podleciała do mnie i niczym smoła otoczyła ciało moje oraz Zorzy. - Zaklęcie przyzywające: kamienna włócznia!
Na około moich rąk rozbłysło jasnozielone światło. Chwilę później trzymałam w dłoniach długi kij zakończony ostrym grotem. Upiór zasyczał i rzucił się w moją stronę. Swoją drogą, poruszał się zaskakująco szybko z połamanymi nogami. Gdy był już blisko zamachnęłam się i trafiłam idealnie w głowę stwora. Ta odleciała i widowiskowo trafiła prosto do jednego z kominów.
- I Sakura Haruno zalicza piękne odbicie! - Zawołałam.
Ciało jednak najwyraźniej nie odczuło większej straty. Wyciągnęło swoje szpony w moim kierunku. Pazury przejechały po moim pancerzu pozostawiając po sobie długie rysy. Zbroi jednak nie przebił. Szybko zamachnęłam się kolejny raz i wbiłam włócznię prosto w splot słoneczny. Zaparłam się i przerzuciłam ciało nad sobą. Upiór gruchnął o ziemię za mną. Spojrzałam się przez ramię. Miałam chwilę, nim miał się pozbierać. Rzuciłam okiem na budynki - kilka zombie zdążyło się już wywlec z domków. Nie ma sensu marnować mocy na walkę z żywymi trupami - stwierdziłam.
Włócznia zniknęła. Spięłam wodze i niemal od razu przechodząc do cwału opuściłam wioskę. Zatrzymałam się dopiero przed południem w małym zagajniku. Było ciepło, pogoda dokazywała, narysowałam więc jedynie krąg ochronny wokół drzew. Dopiero wtedy opuściłam zbroję, rozsiodłałam Zorzę, położyłam się pod jednym z dębów i przykryłam kocem. Zasnęłam w momencie, w którym moja głowa dotknęła miękkiej trawy.

Gabinet Sasuke.

Zaintrygowany analizowałem to, co telepatycznie przekazał mi jeden z moich ogarów. Sakura Haruno. Już gdzieś to słyszałem. Ktoś zapukał do moich drzwi. Skrzywiłem się. Byłem przekonany, że to Karin wróciła.
- Wejść! - Krzyknąłem.
Ku mojemu zaskoczeniu nie była to irytująca dziewczyna, a mój starszy brat Itachi.
- Coś się stało? - Zapytałem od razu.
- Czy zawsze, gdy przychodzę, musi się coś dziać? - Uniósł brwi.
- Nie, ale zwykle tak jest.
Wzruszył ramionami.
- Nie tym razem. - Podszedł do mojego biurka i oparł się o nie biodrem. - O czym tak intensywnie myślisz?
- Zobaczyłem coś ciekawego. - Rozparłem się wygodnie w moim fotelu. - Słyszałeś coś kiedyś o Sakurze Haruno?
- Tak, słyszałem. - Powiedział powoli przypatrując mi się uważnie. - To wiedźma. Jej mentorką jest Tsunade-sama. O jej umiejętnościach wiem tylko tyle, że urodziła się z darem do władania żywiołem ziemi. Obecnie ma siedemnaście lat. - Pokiwałem powoli głową w zamyśleniu. - Gdzie ją widziałeś?
- Jeden z ogarów widział ją, jak jechała na wschód. Zawiadomił mnie, bo zaciekawiła go jej aura. - Wyjaśniłem. - Później wjechała do tej wioski, którą niedawno Orochimaru wykorzystał do swoich eksperymentów. Pokonała Upiora, a potem najwyraźniej uznała, że szkoda jej czasu i energii, więc odjechała, nim zombie zdążyły do niej dotrzeć.
- Sama? Interesujące. - Mruknął najwyraźniej o czymś myśląc.
- Nie ruszaj jej. - Warknąłem ostrzegawczo.
Itachi uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Jest twoja. Wiedźmy to same kłopoty, a ja i tak nie mam czasu, żeby się z nimi bawić. Zdziwiłem się, że podróżuje sama, to wszystko. - Odepchnął się od biurka i ruszył ku wyjściu. - Ach, i spotkałem po drodze Karin. Czeka na korytarzu, aż po nią pójdziesz.
Prychnąłem.
- Nie obchodzi mnie to.
- Wiem. Mówię, bo wyglądała na bardziej zawziętą, niż zwykle.
Wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi. Ponownie zwróciłem się w stronę kuli. Dziewczyna spała w jakimś zagajniku. Tym razem miała ściągnięty kaptur, mogłem więc zobaczyć jej twarz. Miała jasną cerę, delikatną twarz i jasnoróżowe włosy. Kolor jej tęczówek wciąż pozostawał dla mnie zagadką. Aż miałem ochotę do niej pójść, obudzić ją i przekonać się na własne oczy, jakiej barwy są. Oderwałem wzrok od kuli i spojrzałem niechętnie na górę raportów, które piętrzyły się na moim biurku.
- Czas to w końcu przejrzeć. - Mruknąłem łapiąc pierwszą teczkę z brzegu.

1 komentarz:

  1. Podróż zapowiada się nie za ciekawie dla Sakury, walka z upiorem była nie samowita. Jako wiedzma Sakura jest silna. :) nie mogłem, uśmiałem się gdy Sasuke rozmawiał z Itachim. - Sama? Interesujące. - Mruknął najwyraźniej o czymś myśląc.
    - Nie ruszaj jej. - Warknąłem ostrzegawczo.
    Itachi uśmiechnął się z rozbawieniem.
    - Jest twoja. Wiedźmy to same kłopoty, a ja i tak nie mam czasu, żeby się z nimi bawić.-no masakra :) lecę do następnego :D

    OdpowiedzUsuń