Spałam tak głębokim snem, że obudziłam się dopiero przed południem następnego dnia. Gdy w końcu wstałam do pokoju akurat weszła Hinata. Dała mi ręcznik i zaprowadziła do małej łazienki. Umyłam się w dużej balii, później ubrałam szafirowe kimono od kapłanki i uprałam moje rzeczy. Następnie rozwiesiłam je w ogrodzie i wróciłam do świątyni, gdzie zamierzałam poszukać mojego gospodarza.
Hinatę zastałam w kuchni.
- Konnichiwa. - Przywitała mnie, kiedy tylko przekroczyłam próg.
- Konnichiwa. W czym Ci pomóc?
- W niczym. Już kończę. - Ułożyła kanapki na małej deseczce i postawiła na niskiej ławie. - Później będę musiała iść do miasta, żeby kupić kilka rzeczy. Będziesz mogła w tym czasie poczekać na Jirayę-sama i Naruto-kun?
- A może ja pojadę? Z Zorzą nie zajęłoby mi to dużo czasu.
- Nie chcę Cię tak wykorzystywać.
- Pozwoliłaś spędzić mi tu noc, powinnam się jakąś odwdzięczyć.
- Nie zamierzasz tu zostać?
- Powinnam wracać do domu.
- Może jeszcze to przemyślisz? We dwie byłoby tu nam weselej. - Zaproponowała nieśmiało.
- To nie byłby kłopot? - Zdziwiłam się.
- Ależ skąd. - Zaśmiała się uroczo. - Pomyśl o tym. A teraz zjedzmy, bo herbata nam wystygnie.
Pół godziny później siodłałam Zorzę z kapłanką spokojnie stojącą obok. Upewniłam się, że wszystko poprawnie zapięłam, po czym sprawnie wskoczyłam na grzbiet mojego wierzchowca. Schyliłam się jeszcze i odebrałam od dziewczyny małą sakiewkę.
- Od podnóża góry pojedź na prawo. Będziesz przejeżdżać przez las, a kiedy już z niego wyjedziesz kieruj się dalej na wschód. - Poinstruowała mnie.
Uniosłam brwi.
- I ile normalnie zajmowała Ci taka podróż?
- Zwykle wyruszałam o świcie i wracałam wieczorem. - Odparła niepewnie.
- Już jest po południu. Nie wróciłabyś przed północą. - Zauważyłam. - Ittekimasu.
- Itterasshai.
Nacisnęłam lekko piętami na boki konia. Na dół podążałyśmy stępem korzystając z wcześniejszych dróg, które nieco poszerzyłam. Później kłusem dojechałam do lasu, tam zaś przyspieszyłam do galopu. Kiedy wypadłam już na pola Zorza aż sama rwała się do cwału. Do wsi dotarłam przed piętnastą.
Zakupy poszły mi gładko. Hinata wyjaśniła dokładnie, co i gdzie mam kupić, dlatego zajęło mi ledwie pół godziny. Gdy zdobyłam już wszystko, co było mi potrzebne, przytroczyłam do siodła i już wsadzałam stopę w strzemię, kiedy coś zaczęło się dziać. Coś złego. Atmosfera gwałtownie się zmieniła. Przez śmiechy i rozmowy przebiły się krzyki. Od wejścia do wioski biegli przerażeni ludzie gubiąc po drodze swoje bagaże.
- Zostań tu. - Poleciłam i zaczęłam przedzierać się przez tłum w stronę, z której przybywał.
Od bramy spokojnym krokiem szło dwóch mężczyzn. Obaj mieli całe czarne oczy. Demony.
- Będę tego żałować. I to bardzo. - Mruknęłam pod nosem.
Wciąż otoczona przez ludzi uniosłam obie ręce do góry i krzyknęłam:
- Uwolnienie Ziemi: stalowy mur!
Idealnie w tym momencie ostatni mieszkańcy wioski przebiegli obok mnie. Metr przede mną z podłoża gwałtownie wysunął się gruby na metr i wysoki na trzy wał ziemi przesłaniając widok atakującym.
- Ratujcie swoje życia, kretyni! - Wrzasnęłam, gdy kilka osób zatrzymało się, by popatrzeć na mnie z osłupieniem.
Poczułam pod stopami, jak ziemia drży i zaklęłam szpetnie pod nosem. Cofnęłam się kilka metrów i zaczęłam skupiać energię. W murze powstała wyrwa wielkości mniejszego budynku, z której chwilę później wyłonili się moi wrogowie. Wciąż powolnym krokiem parli przed siebie. Moja osłonie nie zrobiła na nich najmniejszego wrażenia.
- Chcesz się zabawić, mała? - Zapytał jeden z nich.
Zlustrowałam go uważnym spojrzeniem. Przypominał rybę. Jego skóra pokryta była błękitnymi łuskami, które sprawiały wrażenie wykonanych z metalu. Do tego małe oczy i niebieskie włosy. Miał identyczny strój, jak mój pierwszy przeciwnik z Akatsuki. Rzuciłam okiem na jego partnera. Przypominał mi kogoś. Miał kruczoczarne, długie włosy, ostre rysy twarzy i bladą cerę. Miał ubraną czarną koszulę i spodnie oraz, naturalnie, płaszcz. Wróciłam jednak spojrzeniem do pierwszego z demonów. Ten drugi sprawiał wrażenie raczej znudzonego całą tą sytuacją.
- Zostawcie tych ludzi w spokoju. - Zarządałam.
- Nawet chętnie, ale tak się składa, że my też musimy jeść, więc nic z tego. - Odpowiedział. - Ej, czy to nie ta mała, co ją sobie twój młodszy braciszek upatrzył? - Tym razem zwrócił się do swojego towarzysza.
Kruczowłosy tylko skinął głową.
- Zaraz, ty jesteś bratem tego palanta? - Wtrąciłam się oburzona.
Rybio podobny parsknął śmiechem.
- Już zdążył Ci zaleźć za skórę?
- Tak jakby.
- Streszczaj się Kisame. Mamy zebranie. - Burknął brunet.
- Niecierpliwy, jak zawsze. - Przewrócił oczami niebieskoskóry. - Widzisz mała, wygląda na to, że nie mamy czasu się z tobą bawić. Albo nas przepuścisz i grzecznie wrócisz, skąd przyjechałaś, albo będę musiał Ci pokazać, jak wygląda prawdziwa walka.
Zmrużyłam gniewnie oczy.
- Nie mów do mnie "mała". - Syknęłam. - Zaklęcie przyzywające: stalowy łuk!
Na moich plecach pojawił się kołczan z dwoma tuzinami strzał, zaś w prawej ręce łuk. Wyuczonym ruchem sięgnęłam za plecy, chwyciłam grot i naciągnęłam łuk. Kisame uśmiechnął się drapieżnie. Złapał wystającą zza jego pleców rękojeść i płynnym ruchem wyciągnął miecz z kabury. Z łatwością radził sobie ze strzałami - już po kilku minutach został mi ledwie tuzin, a celu sięgnęły jedynie dwie nieznacznie go raniąc.
- Niech to szlag. - Mruknęłam cofając się kilka kroków, kiedy Kisame ze śmiechem ruszył prosto na mnie.
Rozejrzałam się szybko - wieśniacy w pośpiechu pakowali swoje rzeczy i wybiegali do bramy na tyłach. To wszystko nie będzie wam potrzebne, jeśli zginiecie - jęknęłam w myślach. Zarzuciłam łuk na ramię, szybko kucnęłam i dotknęłam rękoma ziemi.
- Uwolnienie ziemi: kamienne golemy!
Na twarzach obu demonów odmalowało się zdziwienie, gdy nagle z ziemi wyrósł cały zastęp ziemistych istot. Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Zacisnęłam usta w wąską linię i skupiłam się na stworzonych przeze mnie golemach. Rozpoczęły natarcie. Z początku radziły sobie całkiem dobrze, później jednak niebieskoskóry za jednym zamachem ściął głowy dwóm z nich. Na chwiejnych nogach ponownie sięgnęłam po łuk. Pierwsza ze strzał trafiła idealnie w udo, co poskutkowało krzykiem bólu ze strony mojego przeciwnika. Satysfakcja nie trwała jednak długo, gdyż ten najwyraźniej się wkurzył. Zaciskając zęby wyszarpał grot z nogi, odrzucił go na bok i z jak w amoku po kolei niszczył moich pomocników. Gdy zostało ich już ledwie dwóch, a kołczan był już pusty, ponownie szybko się rozejrzałam. Odetchnęłam z ulgą. W zasięgu wzroku nie widziałam już nikogo, poza mną i demonami. Kiedy jednak ponownie spojrzałam w stronę wrogów, ogarnął mnie strach. Kisame był ledwie dziesięć metrów ode mnie.
- Zaklęcie przyzywające: kamienna włócznia!
Łuk i kołczan zniknął, zaś w moich dłoniach pojawił się długi kij zakończony ostrym grotem. W samą porę, bym mogła obronić się przed atakiem członka Akatsuki. Z trudem odepchnęłam miecz. Szala zwycięstwa przechylała się powoli na stronę mojego przeciwnika. Wtedy niespodziewanie się odsłonił przymierzając do ataku odgórnego. Teraz, albo nigdy! Chwyciłam mały sztylet, który był przypięty do jego pasa i wbiłam go w jego pierś aż po rękojeść. Mężczyzna zawył z bólu jednocześnie wypuszczając miecz z dłoni.
- Ty suko! - Charknął rozwścieczony i splunął krwią na ziemię.
Odskoczyłam od niego.
- Zaklęcie wiążące: kamienna trumna! Zaklęcie pieczętujące...
Nie zdążyłam dokończyć. Co prawda uwięziłam Kisame, ale wtedy do akcji wkroczył jego partner. Niespodziewanie pojawił się przede mną, chwycił mnie za gardło i uniósł nad ziemię. Zaczęłam się szarpać, jednak siły opuściły mnie bardzo szybko. Zużycie magii oraz siły na walkę wypompowały ze mnie zbyt wiele energii. Dodatkowo czułam, jak powoli traciłam kontakt z rzeczywistością i to nie tylko przez brak powietrza w płucach - skutek uboczny zbyt pochopnego rzucania silnych zaklęć.
Kruczowłosy rzucił mnie na ziemię wyraźnie zirytowany całym zajściem.
- Masz szczęście, że nie mogę Cię zabić. - Warknął.
Potem odwrócił się w stronę, gdzie w kamiennym pudle leżał zamknięty Kisame. Zamachnął się i pięścią rozłupał pokrywę na dwie części. Wyciągnął stamtąd swojego towarzysza, po raz ostatni rzucił mi oziębłe spojrzenie, po czym razem z niebieskoskórym rozpłynął się na moich oczach.
~☆~
- Co Ci się stało? - Spytała przerażona kapłanka, gdy zjawiłam się chwilę po dwudziestej na schodach świątyni.
- Za dużo by mówić.
Była wyraźnie blada - chyba nie była zbyt odporna na widok krwi. Zaprowadziła mnie do kuchni. Natychmiast poczułam na sobie spojrzenie blondyna. Na mój widok zerwał się z miejsca i dopadł w jednym susie. Jedną ręką chwycił mnie za ramię, a drugą uniósł mój podbródek, by dokładnie mnie obejrzeć.
- Hinata-chan, przygotuj gorącą wodę i przynieś ją do pokoju, gdzie Sakura spała.
- Hai!
Natychmiast usłuchała i zaczęła rozpalać w piecu. Naruto, zupełnie ignorując moje protesty, wziął mnie na ręce i zaniósł do wyżej wymienionego pomieszczenia. Delikatnie położył mnie na łóżku i bezceremonialnie rozwiązał mi kimono. Nie miałam nawet siły, żeby się z nim kłócić. Poza tym nie byłam naga - pod spodem miałam krótkie spodenki i biustonosz. Niebieskooki wyciągnął bandaże i nożyce z szafki obok, po czym wrócił do mnie. Wtedy do pomieszczenia wkroczyła kapłanka. Postawiła metalową misę na ziemi i podała Uzumakiemu szmatkę. Posłała mi przepraszający uśmiech i zmyła się z pokoju. Wtedy blondyn zaczął przemywać moje rany. Co jakiś czas syczałam z bólu, ale w zasadzie szybko poszło - głębsze skaleczenie miałam jedynie na lewym boku. Na resztę składały się zadrapania i siniaki. Przez cały ten czas zdążyłam nieco uzupełnić braki w sile, postanowiłam więc użyć magii. Powstrzymałam Naruto od cięcia bandaży i skupiłam się na ranach.
- Zaklęcie uzdrawiajające: oczyszczenie i regeneracja.
Otoczyła mnie jasnozielona mgiełka, która następnie skumulowała się wokół skaleczeń i wsiąkła w skórę. Po tym zabiegu pozostała jedynie jasnoróżowa blizna kilka centymetrów nad moim lewym biodrem i potworne zmęczenie. Westchnęłam cicho i podniosłam się do pozycji siedzącej.
- Powinnaś zostać w łóżku.
- Już w porządku. Odpocznę później. - Mniej więcej w tym momencie przypomniałam sobie o stanie mojego ubioru i szybko zawiązałam kimono. - Dziękuję. - Dodałam, po czym wyszłam w ślad za brunetką.
Niebieskooki ruszył za mną. Najwyraźniej postanowił nie odstępować mnie na krok. Tym razem w kuchni zastałam również Jirayę-sama. Białowłosy uniósł na mnie swoje uważne spojrzenie, ale nie odezwał się, dopóki nie zasiadłam na drewnianym krześle naprzeciwko niego.
- Hinata-chan poszła się pomodlić za twoje zdrowie. - Powiedział. Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam. - Kto Cię tak urządził, dziecko?
Skrzywiłam się.
- Para demonów. Napadli na wioskę, by pojmać i pożreć dusze wieśniaków. Nie mogłam tak po prostu stać i się patrzeć.
- Masz rację, dużo lepszym rozwiązaniem była samotna walka przeciwko nim! - Uniósł się blondyn.
- Zrobiłbyś dokładnie to samo na jej miejscu, nawet ze świadomością, że przeciwnik jest silniejszy. - Wtrącił się jego mistrz widząc, że zamierzałam mu odpyskować. - Nikt nie wini Cię za to, co zrobiłaś. Twoja postawa jest godna pochwały. - Tym razem zwrócił się do mnie. - Jednak jeśli wiedziałaś, że sama sobie nie poradzisz, mogłaś nas wezwać.
Jeszcze nim skończył mówić, ja pokręciłam głową.
- Nie było na to czasu. Dopadliby mnie, nim zdążyłabym narysować krąg. - Westchnęłam. - Jednego z nich udało mi się pokonać i już miałam go zapieczętować, ale wtedy wtrącił się ten drugi. Przeżyłam tylko dlatego, że mieli odgórny zakaz zabicia mnie.
- Wiesz z kim walczyłaś? - Dopytywał się Uzumaki.
- Jeden z nich miał na imię Kisame.
Wymienili między sobą znaczące spojrzenia.
- To byli bardzo potężni przeciwnicy. - Stwierdził w końcu Jiraya-sama, podczas gdy blondyn jedynie zaciskał pięści.
- Oczywiście. W końcu są z Akatsuki.
- Wiesz o nich?
- Tak. Tsunade-sama mi o nich opowiadała. Ale nie znam ich imion. Wiem tylko, że to piekielna śmietanka i są spod znaku Jashina. Wcześniej walczyłam już z jednym z nich. - Przypomniałam.
- Zgadza się. Z Zetsu. - Potaknął białowłosy, po czym parsknął śmiechem. - Musisz mieć prawdziwego pecha, żeby w przeciągu dwóch dni dwukrotnie nadziać się na te zakały.
- Rzeczywiście, zabawne. - Fuknęłam.
- Wybacz. - Spoważniał. - Jak twoje rany?
- Już jest dobrze. Tylko przez chwilę walczyłam bezpośrednio. Wcześniej do walki użyłam golemów i łuku, a gdy udało mi się ranić go sztyletem zamknęłam go w kamiennej trumnie. Niestety wtrącił się ten drugi, jak mu tam...
- To musiał być Itachi. Itachi Uchiha.
- Uchiha. - Zadumałam się na moment. - Faktycznie, są podobni.
- Spotkałaś też Sasuke? - Spytał osłupiały blondyn.
- Zgadza się. - Po krótce opowiedziałam im o moim spotkaniu z młodszym Uchihą.
- Nie podoba mi się to. - Powiedział Uzumaki zaplatając ręce na klatce piersiowej. - Tak wiele rzeczy związanych z demonami, które wydarzyły się w tak krótkim czasie... To po prostu nie może być przypadek.
- Też tak myślę. - Jiraya-sama przyglądał mi się badawczo. - Dobrze by było, gdybyś została tu jeszcze przez jakiś czas. Demony nie mogą wejść na świętą ziemię, nawet te najpotężniejsze. Będziesz tu bezpieczna. A my postaramy się czegoś dowiedzieć w międzyczasie. Umowa stoi?
- Nie, żebyś miała coś do powiedzenia. - Odezwał się ponownie blondyn. - Bo nawet, jeśli się nie zgodzisz, to osobiście ściągnę Cię tu z powrotem.
- Nie wiem z jakiej paki mianowałeś się na mojego obrońcę i opiekuna, ale w zasadzie nie mam nic przeciwko pozostaniu tu jeszcze trochę. Od czasu do czasu dobrze zmienić otoczenie.
No coś pięknego!! Tak doskonale odpisałaś przebieg walki ��nie mogę się doczekać co bd dalej :) przyznam racje Jirayi że Sakura ma pecha co do demonów i to nie tych słabych tylko właśnie tych silnych �� zajebisty rozdział! Nic dodać nic ująć ��
OdpowiedzUsuń